Od dzieciństwa wybierałam największy brulion….

Od dzieciństwa wybierałam największy brulion, jaki mogłam znaleźć i zakładałam w nim „cennik”, bo sądziłam, że właśnie w cennik wpisuje się oceny. No bo w końcu w co? Do głowy mi wtedy nie przyszło, że kiedyś naprawdę wybiorę ten  słodko-gorzki zawód, tę znienawidzoną powszechnie profesję, która stanie się dla mnie prawdziwą misją i pasją.
Pracuję od 25 lat i nie wiem, co to znaczy wypalenie zawodowe. Każdego dnia ( czy pada deszcz, czy zabija upał, czy poczochraną głowę urywa orkan Ksawery) maszeruję do szkoły ( a teraz nawet do dwóch szkół) i nadziwić się nie mogę, że na to samo pytanie za każdym razem słyszę inną odpowiedź. Że „ W malinowym chruśniaku” nadal wywołuje pąs zawstydzenia i rozpaczliwe poszukiwanie w głowie słowa, które odda opisany stan ( a nie jest słowem powszechnie uważanym za „niewłaściwe”).
W kwiaciarni kolejka- koniec roku szkolnego- kwiaciarka tłumaczy, że róża jest złamana i nie nadaje się sprzedania, bo jest spięta szpilką. Nie szkodzi- macha ręką kupująca- to dla nauczycielki! Może być, jak pani sprzeda taniej!
W autobusie rozkwitła dyskusja, bo nauczyciele domagają się znów  „czegoś”…Co? Jeszcze im źle? Wpadnie taki jeden z drugim  do pracy na trzy godziny, kawę sobie postawi na biurku, dzieciom każe coś rysować, zbiera się za chwilę i leci nieudacznik do domu…i ciągle im mało i mało!!!
Dyskusja spływa po mnie, jak rozprawa o kominiarskim kalendarzu ( płacić – nie płacić, prawdziwi czy fałszywi). To nie o mnie ta  dyskusja i nie o nauczycielach, których poznałam i poznaję. Jak opowiedzieć w dwóch słowach o godzinach spędzonych nad kartkami, o lęku o każdą zasmuconą istotę, która siedzi w drugiej/piątej/ siódmej ławce i na pewno coś złego się z nią dzieje, o emocjach, których udźwignąć czasem nie sposób, o dumie z najmniejszego uczniowskiego sukcesu, o radości, gdy spotyka się „ swoje dzieci” po latach, o wzruszeniach, o rozterkach, o radościach, i  o pasji, która budzi w nocy nowym pomysłem? Jak przekonać, że to trudny, potrzebny, ważny zawód? Że wybrany z miłości nie z przypadku, że realizowany z pasją, nie „odwalany z rutyną”.
Milczę więc i patrzę w okno…w co jutro spakować Dixit i te duże kartony? Poprosić mamę Karoliny, czy może jeszcze raz pogadać z Karolą, pokazać im film Bajona przed omówieniem lektury czy może jednak później i co zrobić z psem, gdy na dwa dni pojadę z klasą w góry???I co do choroby z tym Łukaszem?
Wibruje telefon w torbie, mruga do mnie Messenger niebieskim okiem…otwieram wiadomość od ucznia…starego jak treny Kochanowskiego, ma już chyba ze 35 lat…Pozdrawiam i dziękuję. Dała mi Pani wiarę w siebie i pewność, że potrafię. Tego się nie zapomina…
Pochlipuję po kryjomu  jak na dziecięcych występach w „ Mam talent”. Czytam raz, drugi, trzeci. Dyskusja o „nierobach” odpłynęła w niebyt.
Ma  ktoś fajniejszą pracę? Sorry, nie wierzę…

EwaM.

Brak możliwości komentowania